Tak, tak, święta boki rozpychają.

Przyjemnie poleżeć, to właśnie mnie bawi,
po sutym posiłku, żołądek niech trawi.
Żadnej litości dla tego łakomego drania,
dzień rozpoczyna od sutego śniadania.
Z oczkami w zmowie wciąż spoglądają,
puste półmiski czy jeszcze coś podają?
Bronię się, stękam i już się denerwuję,
lecz od kuchni zapach smakołyków czuję.
Nawet pogoda, wstrętna, szwankuje,
wyjdę? na stole nowe dania się serwuje.
Telewizor, tapczan, do stołu dosiadanie,
od tych dobroci, ciężkie jest sapanie.
Ludzie, proszę, zróbcie jakieś czary,
zabierzcie te dania, ja lubię puste gary.
Święta mijają, długo wspominać będziemy,
zostało zapasów, kiedy to wszystko zjemy?

Dodaj komentarz

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij